pociąg prawie do życia wiecznego relacja Łódź-Warszawa
październik 12, 2009
wystarczy jedno nic…
wystarczy, by jedna osoba odezwała się po hiszpańsku i zaczyna się
fala zależności:
ta dziewczyna po prawej – okazuje się – czyta właśnie historię Hiszpanii,
a chłopak obok niej coś studiował związanego z Hiszpanią…
i już zaczyna się
ciąg pytań:
a byłaś?
a w Barcelonie?
a te upały?
a w Londynie?
etc.
i ja.
tylko nasłuchuję.
i jeszcze ten mężczyzna przede mną.
siedzi vis a vis prawie.
rozwinął kolejny plik z dziesięcioma zdrapkami i nerwowo zdrapuje.
drażni swą nerwowością.
trafione do kieszeni, puste na podłogę.
ciekawe – zostawi tak czy wyrzuci.
cóż za wypieki na twarzy.
zbiera, uff.
nie będę musiała nic mówić.
nasłuchuję tylko
pierwszy marca
marzec 1, 2009
brzmi niemal jak obietnica. nadzieję żywię na lepsze jutro, bo wiosenne.
tak, jak dziś i wczoraj.
a wczoraj jeszcze Kalisz – miasto, do którego przez rok jakby wklejona byłam.
i tylko jeden dzień, a poczułam jak bardzo tam nie pasowałam i nie pasuję,
o ile bardziej moja jest Łódź.
właśnie – jeden dzień, a o tyle mądrzejsza, jakby lepsza, spokojniejsza. dzięki ludziom spotkanym i słowom usłyszanym, też z własnych ust.
” na wskroś uduchowiona”, jak powiedziała Gosia ;>
jeden dzień, a tak potrzebny.

więc teraz tylko o słońce proszę. o wiosnę.
[nawet brzmienie tego słowa napawa optymizmem]
powroty
luty 25, 2009
chyba dojrzałam wreszcie, by…
Barcelona – miasto ukochane
często mi się zdarza, że długo skądś wracam. tym razem wróciłam szybko. tak szybko, że jakby nie było.
jedynie wspomnianych kilka słów tutaj; na pytania “jak wyjazd” odpowiedzi bez entuzjazmu.
za to całe mnóstwo zachowanych obrazów, mniej lub bardziej wyraźnych.
no i ciągłe powroty, nawroty, zawroty w głowie. nie dawało spokoju.
bo to nie był taki wyjazd ot, a ja jakby przemykałam obok, nie zawsze umiałam w pełni odbierać, doznawać. za wiele, by zmysły mogły naraz ogarnąć. ciągłe poczucie, że coś omija, a to zwykły objaw przedawkowania był.
la hiperdosis.
za to teraz wręcz dotykam kolorów, odczuwam smak miejsc, które odkrywałyśmy, wchodząc nagle z ulicy pełnej ogłuszającego tłumu w zaułek pełen ciszy (Santana, pamiętasz? ;>); po przesycie tych wymuskanych ‘dizajnerskich’ sklepów – antykwariaty, magazyn z wikliną, plumero(!); z ciemności i chłodu – w ciepło wód termalnych i światło podwórek z drzewkami pomarańczy; z nowego w stare, ze starego w nowe, z deszczu w słońce… falowanie i spadanie, ruch.
teraz widzę, teraz czuję, teraz doceniam.
pamiętam, ile myśli kłębiło się w głowie. wtedy.
teraz się porządkują.
sztuka uliczna
luty 15, 2009
zupełnie nie a’propos treści wcześniejszych.
się spodobało po prostu, więc zamieszczam

SPOSOBY ZABIJANIA
Jest kilka sposobów zabijania.
Mogą wbić ci nóż w serce.
Zabrać ci chleb.
Nie leczyć cię z choroby.
Umieścić cię w kiepskim mieszkaniu.
Torturować pracą aż do śmierci.
Wysłać cię na wojnę.
Tylko kilka z tych rzeczy jest zabronionych w naszym mieście.
Bertolt Brecht 1898-1956
(tłumaczenie własne)
uchwycone w małej uliczce w Bcn.
tam zabrakło czasu i aura nie sprzyjała, by
zatrzymać się,
przysiąść,
ponapawać oczy i uszy.
tu nadrabiam zaległości.
3 z 1313 (aż?)
luty 12, 2009
z ostatniej “wyprawy na południe”, aż 3, które są… inne (?)
tak na pierwszy rzut oka, potem może coś dodam.
ale poczucia wyjątkowości brak.
poczucie przeciętności doskwiera tym bardziej.
z piedestału spadł kamyk, co myślał, że jest rzeźbą.
to nie była do końca moja podróż. nie ta wymarzona. dopiero po kilku dniach od powrotu dotarło. ktoś mi ją zabrał, albo sama oddałam.
szkoda.
podróże
czerwiec 19, 2008
nadal w Kolumbii.
“Rio Anaconda” i Ziemie Dzikich znajdują się gdzieś w głębokiej dżungli Kolumbii. opowieść o nich już skończyłam, ale teraz G.G. Marquez, który Kolumbijczykiem niewątpliwie jest i o rzeczywistości tamtejszej pisze.
a rzeczywistość tamtejsza to cała Ameryka Południowa. i Północna też, niestety. jego “Morze utraconych opowiadań i inne felietony” to niesamowita skarbnica informacji o rzeczach, o których nie mam pojęcia.
podróże przecież kształcą.
od trzech lat felietony te zebrane i w wersji oryginalnej czekają na przeczytanie, ale muszę dojrzeć. tak jak powoli dojrzewam do Kapuścińskiego, który opatrzył owe “Morze” wstępem.
powoli.
z podróży tych “literackich” dowiaduję się na przykład, że jeszcze w roku 1980 Urugwaj był jedynym krajem, “gdzie więźniowie muszą płacić za jedzenie, które dostają, za odzież, którą noszą, a nawet za wynajem celi”.
i wczoraj obejrzałam film “Rosario Tijeras”, którego akcja również dzieje się w Kolumbii.
hm, a przecież nigdy mnie tam nie ciągnęło.
na obczyznie
maj 27, 2008
litzmannstadt w litzmannstadt
maj 2, 2008
l.stadt zagrali, tydzień temu i cały tydzień mi zeszło, żeby zebrać myśli i opisać.
pierwsze co się pojawiło to zniecierpliwienie przedłużającym się supportem pt. Pawilon, którego granie jakoś tak monotonne mi się wydało, taki trochę rock bez wyrazu.
aż w końcu weszli na scenę i szał ciał przede wszystkim kobiecych pod sceną.
muzycznie podobało mi się bardzo, bo po prostu mi się podoba. i wykonanie było naprawdę dobre. (kurde, nie lubię pisać o czymś, czego tak naprawdę sama robić nie umiem. jakie prawo by sądzić? a jednak pokusa wielka, by zapisać wrażenia swe.)
pozytywnie zaskoczyło przede wszystkim to jak inne jest brzmienie na koncercie w prównaniu ze studyjnym. nie odtwarzali, tylko zagrali swoje, co cieszy.
natomiast zmartwiło podejście do sprawy – nie było co grać i się szybko skończyło. za szybko.
i zagranie na bis “hiciora”. kurde, Panowie, sprawiliście, że nie lubię już tej piosenki, bo zaczyna się dziać tak, że stajecie się zespołem jednego utworu.
poza tym teskt sprawia wrażenie, jakby był na potrzeby rynku napisany.
dla mnie zdecydowane faworyty to Gore i Go Now.
pozostaje mieć nadzieję, że na Openerze usłyszymy coś nowego (proszę).
pamiętam pierwsze moje z Wami spotkanie w Stereo Kroggs jeszcze na Wólczańskiej. zmiażdżyło wręcz. i tego się spodziewałam.
ale widać – czasem pierwsze wrażenie niepowtarzalne, bezcenne
polecam Tindersticks do przesłuchania. bo muzyka Wasza kojarzy/kojarzyła mi się z taką właśnie zadymioną, nieco duszną, ale ciepłą atmosferą.
Mirt & Hati – DRONES OF TRANSCENSION NIGHT
październik 28, 2007
no i wszystko wiadomo.
się bywa tu i tam ostatnio. w ramach stwarzania pozorów, że się coś robi, gdzieś się jest, i na bieżąco, i że się człowiek rozwija. buehehe…
więc i 26 października wybyłam, bo mi polecono. a że drony dźwiękami lubnymi są przeze mnie, był to dobry pomysł na piątkowy wieczór, choć pojęcie o twórczości panów zerowe.
koncert w innym składzie miał się przedstawiać, bo planowana była trasa Troum & Hati, do którego chłopaki razem przygotowywali się przez trzy miesiące, ale z powodu choroby ciężkiej jednego z członków Troum, zespół zza Odry nie pojawił się. ci, co znają ich muzykę, to pewnie wiedzą, że szkoda. ja mogę jedynie przypuszczać.
przyznaję: trudno było się skupić na dźwiękach, bo myśli w głowie jakieś nieuczesane się plątały.
koncert okazał się być darmowy właśnie z w/w powodu, co ucieszyło, a jednocześnie zastanowiło, za co oni żyją w takim razie.
na widowni było może z 50 głów. najpierw zagrał Mirt, przesłonięty swoją długą grzywą i pochylony nad sprzętem, pokrętełkami zaczął wytwarzać dźwięki. powstało coś dziwnego, co jednak przerodziło się w regularny i miły dla ucha rytm zapętlonego jakiegoś sampelka (znawczyni się odezwała, hehe). a potem trąbka na pogłosie, na której Mirt grał osobiście, co miło zaskoczyło. rozczarowało natomiast to, że rytm w następnych utworach był powielany, mniej lub bardziej słyszalny, ale jednak. i przy okazji myśl taka, że nic odkrywczego pan nie robi, że słyszałam o wiele ciekawsze zapętlenia, choć na gorszym sprzęcie, a jednak występuje.
a przecież zamiast niego mógł tam się pojawić Ktoś, kto nawet płytę wydał jedną (baubliss) i drugą solową na netlabelu (aen – polecam). gdyby tylko chciał.
a potem Hati.
na scenie poustawiane talerze, gongi, beczki, i przeszkadzajki wszelkiego rodzaju, bite i dmuchane. (natychmiastowe skojarzenie z koncertami Einsturzende, o których jedynie czytałam.)
i się zaczęło. powolutku, delikatnie, ale z lekka transowo. chciało się zamknąć oczy, by poczuć ten rytm, a jednocześnie trudno było oderwać wzrok od tego widowiska tworzenia dźwięków. bo tak to właśnie odbierałam – jak swego rodzaju przedstawienie. wyczekiwanie w co teraz uderzy? jaki dźwięk się pojawi? i najbardziej w pamięci chyba zostało wrażenie, że słyszę uderzenie w strunę, a to gumowa pałeczka otarta o ścianę beczki. i jeszcze zgranie się dwóch osób na scenie – że wiedzą w co i jak teraz uderzyć, by zabrzmiało tak właśnie; jak się uzupełniać wzajemnie. widać było tę ciężko wykonaną pracę specjalnie dla nas.
i bolał fakt, że jest nas tak mało, a część znalazła się tam chyba przez pomyłkę. bo ciepło i dach nad głową i piwa można się napić.
syk otwieranych puszek, jakkolwiek mógł tworzyć fajne tło do dźwięków na scenie, był jednak irytujący.
LDZIGN (18-31.10.2007)
październik 28, 2007
odbywa się właśnie w Łodzi.
impreza nagłośniona dość, pięknie oprawiona graficznie i dopracowana dizajnersko, aż robi wrażenie.
tym bardziej rozczarowana byłam, jak się udałam na Tymienieckiego. pomysł jest, ale zabrakło konkretnej kompozycji, i nieco malizną zaleciało.
tak, miałam niedosyt po wyjściu, a jednocześnie nadzieję, że będą przyszłe edycje i bogatsze.
początki zawsze są trudne.
ale cenię bardzo w wydarzeniu tym
możliwość dotknięcia wszystkiego i zaznania faktury materiałów, miękkości kanap i wygody foteli w Domu Polskim i współtworzenia rysunku w Weź to użyj;
dostępność wystawy dla wszystkich, i za sprawą ceny biletów i przez fakt, że przedmioty te są do nabycia w sklepach i czemuś służą, i w końcu dlatego, że mógł się tam zgłosić każdy, by wystawić swój choćby najdziwniejszy projekt.
być może, w myśl idei, że nie musi się podobać, ale jest.
i oby więcej.
przy okazji odbyło się również Party Print, na którym zawisły plakaty, będące odrębną już dziedziną dizajnu-sztuki właśnie.
jakże miłym było zobaczyć plakaty z Jazzgi wszystkie razem. plakaty, które wiszą też u mnie w mieszkaniu, z imprez, na których też byłam.
wreszcie poczułam się “blisko sztuki”.



