pociąg prawie do życia wiecznego relacja Łódź-Warszawa
październik 12, 2009
wystarczy jedno nic…
wystarczy, by jedna osoba odezwała się po hiszpańsku i zaczyna się
fala zależności:
ta dziewczyna po prawej – okazuje się – czyta właśnie historię Hiszpanii,
a chłopak obok niej coś studiował związanego z Hiszpanią…
i już zaczyna się
ciąg pytań:
a byłaś?
a w Barcelonie?
a te upały?
a w Londynie?
etc.
i ja.
tylko nasłuchuję.
i jeszcze ten mężczyzna przede mną.
siedzi vis a vis prawie.
rozwinął kolejny plik z dziesięcioma zdrapkami i nerwowo zdrapuje.
drażni swą nerwowością.
trafione do kieszeni, puste na podłogę.
ciekawe – zostawi tak czy wyrzuci.
cóż za wypieki na twarzy.
zbiera, uff.
nie będę musiała nic mówić.
nasłuchuję tylko
el otoño
październik 8, 2009
dziś
yerba się parzy.
od tak dawna. aż moc tego szarego, ziemistego posmaku, osłabła.
ale jest.
i jest też coraz większa tęsknota za kawą z korzennymi przyprawami.
a przecież wystarczy kilka kroków do kuchni, by celebrować.
tak właśnie zaczyna się jesień (?)
i jeszcze wczoraj
na rękach zapachy
papryki, cebuli, wędzonego boczku, kruchych jabłek (sok po palcach), cynamonu, jajek rozbijanych, ciasta tartego, kaszy gryczanej…
wrzucając do garnka, wsuwając do piekarnika jakbym całą jesień wrzucała, gotowała i piekła.
pierwszy marca
marzec 1, 2009
brzmi niemal jak obietnica. nadzieję żywię na lepsze jutro, bo wiosenne.
tak, jak dziś i wczoraj.
a wczoraj jeszcze Kalisz – miasto, do którego przez rok jakby wklejona byłam.
i tylko jeden dzień, a poczułam jak bardzo tam nie pasowałam i nie pasuję,
o ile bardziej moja jest Łódź.
właśnie – jeden dzień, a o tyle mądrzejsza, jakby lepsza, spokojniejsza. dzięki ludziom spotkanym i słowom usłyszanym, też z własnych ust.
” na wskroś uduchowiona”, jak powiedziała Gosia ;>
jeden dzień, a tak potrzebny.

więc teraz tylko o słońce proszę. o wiosnę.
[nawet brzmienie tego słowa napawa optymizmem]
powroty
luty 25, 2009
chyba dojrzałam wreszcie, by…
Barcelona – miasto ukochane
często mi się zdarza, że długo skądś wracam. tym razem wróciłam szybko. tak szybko, że jakby nie było.
jedynie wspomnianych kilka słów tutaj; na pytania “jak wyjazd” odpowiedzi bez entuzjazmu.
za to całe mnóstwo zachowanych obrazów, mniej lub bardziej wyraźnych.
no i ciągłe powroty, nawroty, zawroty w głowie. nie dawało spokoju.
bo to nie był taki wyjazd ot, a ja jakby przemykałam obok, nie zawsze umiałam w pełni odbierać, doznawać. za wiele, by zmysły mogły naraz ogarnąć. ciągłe poczucie, że coś omija, a to zwykły objaw przedawkowania był.
la hiperdosis.
za to teraz wręcz dotykam kolorów, odczuwam smak miejsc, które odkrywałyśmy, wchodząc nagle z ulicy pełnej ogłuszającego tłumu w zaułek pełen ciszy (Santana, pamiętasz? ;>); po przesycie tych wymuskanych ‘dizajnerskich’ sklepów – antykwariaty, magazyn z wikliną, plumero(!); z ciemności i chłodu – w ciepło wód termalnych i światło podwórek z drzewkami pomarańczy; z nowego w stare, ze starego w nowe, z deszczu w słońce… falowanie i spadanie, ruch.
teraz widzę, teraz czuję, teraz doceniam.
pamiętam, ile myśli kłębiło się w głowie. wtedy.
teraz się porządkują.
coś a’la protest song
lipiec 1, 2008
przecież każdy wschód i zachód jest inny! i niebo każdego dnia.
nawet księżyc, choć co miesiąc w pełni czy w nowiu, niepowtarzalny za każdym razem.
przecież każdy dzień jest inny!
przecież jest jeszcze tyle parków do przejścia (razem), tyle ławek, by spocząć, by się objąć.
czemu nie można po prostu pójść?
cisza i hałas.
dzień i noc.
słońce i deszcz.
i można tego wszystkiego doznawać!
czemu to nie cieszy?