pociąg prawie do życia wiecznego relacja Łódź-Warszawa
październik 12, 2009
wystarczy jedno nic…
wystarczy, by jedna osoba odezwała się po hiszpańsku i zaczyna się
fala zależności:
ta dziewczyna po prawej – okazuje się – czyta właśnie historię Hiszpanii,
a chłopak obok niej coś studiował związanego z Hiszpanią…
i już zaczyna się
ciąg pytań:
a byłaś?
a w Barcelonie?
a te upały?
a w Londynie?
etc.
i ja.
tylko nasłuchuję.
i jeszcze ten mężczyzna przede mną.
siedzi vis a vis prawie.
rozwinął kolejny plik z dziesięcioma zdrapkami i nerwowo zdrapuje.
drażni swą nerwowością.
trafione do kieszeni, puste na podłogę.
ciekawe – zostawi tak czy wyrzuci.
cóż za wypieki na twarzy.
zbiera, uff.
nie będę musiała nic mówić.
nasłuchuję tylko
stąd dotąd
lipiec 11, 2009
książki, które chcę przeczytać czekają już na swoją kolej. leżą na wierzchu, żebym nie zapomniała. dziś właśnie przeczytałam kolejną. dobrze mi idzie ostatnio.
te przeczytane lub jeszcze nie doczytane leżą przy łóżku, na półce,
ani przy krawędzi, ani przy ścianie.
to daje miłe poczucie wolności.
kojący nieporządek.
kiedy przeczytam, nie odkładam na miejsce od razu, nie oddaję, gdy pożyczone – niech przez jakiś czas pobędą ze mną.
dopełnienie (?) wzajemne (?)
teraz leży przeczytana Herta Muller: “Dziś wolałabym siebie nie spotkać” – piękny tytuł, zapowiadający piękną historię, aż smutek wdziera się do wewnątrz.
i znów obawa, czy po drodze z łóżka do biurka nie umkną myśli, czy zdążę zapisać. i mimo, że dwa kroki tylko, rozpierzcha się treść, rozmywa, zmienia formę.
UWAGA, ŻYCIE! ZACZYNAMY!
czerwiec 23, 2009

gaśnica w płatkach róży
pan Kleks w trzech odsłonach
kolczyki
słowa w wersji de luxe
gałązka bawełny
Giulia y Los Tellarini
sesja zdjęciowa
plansza malowana
moja ukochana Łódź z lotu ptaka
muzyka, co rozgrzewa zmysły
romantic poetry
“nigdziebądź”
astrologia chińska
pióro do pisania listów do Niej
wino australijskie
ser włoski…
i taniec na scenie
więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie bardzo dziękuję.
wszystkie te niezwykłe rzeczy dla mnie!
ale od niezwykłych ludzi dostaje się niezwykłe prezenty
i słowa.
czy zasłużyłam?
mam szczęście.
dobrze móc publicznie powiedzieć i napisać, że M A M S Z C Z Ę Ś C I E.
bo mam takich ludzi wokół. bliżej bardziej lub mniej, ale są.
i to chyba wystarczy za podsumowanie tych 30 ze sobą wiosen. i prawie 15 z Tobą (sic!)
żadne głębsze przemyślenia nie kołaczą się w głowie.
co tu mówić? wszystko już powiedziano za mnie i napisano.
i aż mi mowę odjęło.
a skoro życie – jak mówią – zaczyna się po trzydziestce…
zatem zaczynam żyć oto!
fotografia – na dobry tego początek.
z tangiem w uszach i san miguelem w ustach zaczynam!
dni mijają
maj 15, 2009
na szczęście.
i noce też. zimne. koty grzeją. myślałam, że to przez przywiązanie, ale im po prostu zimno też . ech, złudzenia.
dziś już wraca. wieczorem. tyle planów było, co by zrobić, korzystając z czasu swojego i przestrzeni tylko swojej i jakoś się rozmyło w codzienności wszystko. mało kreatywnie coś, ale za to towarzysko bardzo.
dlatego dziś ciasto z rabarbarem – zainspirowana Fridą i rabarbarem.
po raz pierwszy w życiu.
ociepla się.
przejdzie
marzec 25, 2009
bo przecież nawet najdłuższe nogi gdzieś się kończą
‘dziś wolałabym siebie nie spotkać’
marzec 20, 2009
znów powiedziałam za dużo, znów tendencja zniżkowa
a na liczniku już ok 200.
i lekka stłuczka też zaliczona już.
i już.
jeszcze papieros
i dobranoc.
:)
luty 26, 2009
do pracy wychodzę zadowolona z siebie. fakt ów zapisuję ku pamięci. tu, by nie zapomnieć, że się zdarza.
mimo pobudki o 10.21 udało się zrobić tak wiele: łazienka, pranie, naczynia raz i dwa, ćwiczenia na zajęcia, test, sprawdzenie prac, mail jeden i drugi, kawa made by F., obiad (chyba dobry).
chyba powinnam tak codziennie wynotowywać sobie.
tylko czasu na czytanie zabrakło, ostatnio ciągle tak.
[bo przecież zawsze znajdzie się coś]
powroty
luty 25, 2009
chyba dojrzałam wreszcie, by…
Barcelona – miasto ukochane
często mi się zdarza, że długo skądś wracam. tym razem wróciłam szybko. tak szybko, że jakby nie było.
jedynie wspomnianych kilka słów tutaj; na pytania “jak wyjazd” odpowiedzi bez entuzjazmu.
za to całe mnóstwo zachowanych obrazów, mniej lub bardziej wyraźnych.
no i ciągłe powroty, nawroty, zawroty w głowie. nie dawało spokoju.
bo to nie był taki wyjazd ot, a ja jakby przemykałam obok, nie zawsze umiałam w pełni odbierać, doznawać. za wiele, by zmysły mogły naraz ogarnąć. ciągłe poczucie, że coś omija, a to zwykły objaw przedawkowania był.
la hiperdosis.
za to teraz wręcz dotykam kolorów, odczuwam smak miejsc, które odkrywałyśmy, wchodząc nagle z ulicy pełnej ogłuszającego tłumu w zaułek pełen ciszy (Santana, pamiętasz? ;>); po przesycie tych wymuskanych ‘dizajnerskich’ sklepów – antykwariaty, magazyn z wikliną, plumero(!); z ciemności i chłodu – w ciepło wód termalnych i światło podwórek z drzewkami pomarańczy; z nowego w stare, ze starego w nowe, z deszczu w słońce… falowanie i spadanie, ruch.
teraz widzę, teraz czuję, teraz doceniam.
pamiętam, ile myśli kłębiło się w głowie. wtedy.
teraz się porządkują.
wszystko mija…
luty 15, 2009
kryzys zażegnany chwilowo. nie ma to jak rozmowa.
nad przestrzenią swą pracuję powoli.
kilka dni choroby i łóżka skłania do refleksji, mniejszych lub bardziejszych.
ale wstałam (niemal brzmi dumnie)
dobrze miniony weekend.
a jutro do pracy.
3 z 1313 (aż?)
luty 12, 2009
z ostatniej “wyprawy na południe”, aż 3, które są… inne (?)
tak na pierwszy rzut oka, potem może coś dodam.
ale poczucia wyjątkowości brak.
poczucie przeciętności doskwiera tym bardziej.
z piedestału spadł kamyk, co myślał, że jest rzeźbą.
to nie była do końca moja podróż. nie ta wymarzona. dopiero po kilku dniach od powrotu dotarło. ktoś mi ją zabrał, albo sama oddałam.
szkoda.


