Malena – Giuseppe Tornatore

wrzesień 4, 2009

czas,
kiedy długie spodnie były tylko dla prawdziwych mężczyzn,
a na miano to trzeba było sobie zasłużyć
choćby przez strącenie głowy Mussoliniego.
i kiedy to chłopięce urojenia pozostawały jedynie chłopięcymi urojeniami (niestety/na szczęście?) 

zmysłowość długich włosów, krągłych bioder i pełnych piersi
uznawane były za piękno,
które czasem skazywało na stracenie.
i na zatracenie.

taki czas.
jakby znajomy.
jakbym sama była z takiej epoki właśnie.
czasem tak się czuję.
choć włosy krótkie
choć bioder krągłych brak.

nocne wczoraj zapiski

sierpień 29, 2009

jest dobrze.

jest tak dobrze, że nawet powietrze pachnie inaczej, jakby lepiej.

zaciągam się.
(Tobą też, bo sama już nie palę)

na wakacjach na

sierpień 4, 2009

     Z racji urodzenia przynależę do czegoś, co zwykło się nazywać hołotą. Jesteśmy grupą liczną, dyskretną, o niezwykle silnym braku przekonań. Naszą pracą, milczącą i nieustanną, przyczyniamy się do stagnacji społecznej, wielkie historyczne zmiany prześlizgują się po nas, nie chcemy zajmować stanowisk, nie aspirujemy do uznania ani szacunku naszych przełożonych, ani nawet nam równych. Nie posiadamy cech dystynktywnych, jesteśmy ekspertami w sztuce rutyny i partactwa.

od Eduarda Mendozy spisane z Przygód fryzjera damskiego. opis wydał mi się przeuroczy. poza tym niewiele. zaczęło się dobrze, ale potem lekko zmęczył ten ton ironiczny,
niby prześmiewczy, taki zbyt prze właśnie. stąd jeden cytat tylko.

za to Olga Tokarczuk i jej Anna In w grobowcach świata gęsto pozaznaczana ołówkiem .
aż zrodziła się pokusa zapisywania tego w jakimś konkretnym miejscu.
by nie uleciało.

wakacje tak właśnie mijają – na czytaniu, czasem wręcz połykaniu książek. a poza tym rozmaicie miejsko, sielsko, nawet anielsko…
było.

teraz praca. 

stąd dotąd

lipiec 11, 2009

książki, które chcę przeczytać czekają już na swoją kolej. leżą na wierzchu, żebym nie zapomniała. dziś właśnie przeczytałam kolejną. dobrze mi idzie ostatnio.
te przeczytane lub jeszcze nie doczytane leżą przy łóżku, na półce,
ani przy krawędzi, ani przy ścianie.
to daje miłe poczucie wolności.
kojący nieporządek.
kiedy przeczytam, nie odkładam na miejsce od razu, nie oddaję, gdy pożyczone – niech przez jakiś czas pobędą ze mną.
dopełnienie (?) wzajemne (?)
teraz leży przeczytana Herta Muller: “Dziś wolałabym siebie nie spotkać” – piękny tytuł, zapowiadający piękną historię, aż smutek wdziera się do wewnątrz.

i znów obawa, czy po drodze z łóżka do biurka nie umkną myśli, czy zdążę zapisać. i mimo, że dwa kroki tylko, rozpierzcha się treść, rozmywa, zmienia formę.

przejdzie

marzec 25, 2009

bo przecież nawet najdłuższe nogi gdzieś się kończą ;)

subiektywizm (?)

marzec 24, 2009

patrzę na dziewczyny w moim wieku
i widzę kobiety
patrzę na siebie
i widzę podlotka
wciąż

jak tylko odkurzę mieszkanie
zdobędę mury Libanu

znów powiedziałam za dużo, znów tendencja zniżkowa :(

a na liczniku już ok 200.
i lekka stłuczka też zaliczona już.

i już.
jeszcze papieros
i dobranoc.

nieuchwytne

marzec 7, 2009

przebłyski myśli.
nim ręka zdąży notes pochwycić i ołówek, znikają.
ulatują w niebyt, w niepamięć.
dlaczego zatem w ogóle pojawiają się? (najczęściej w łóżku przed snem
lub w łazience)
czy wrócą?

[nocy minionej, przy zgaszonym świetle, udało się pochwycić]

a przy okazji:

wczoraj na śnieniu świata wyczytałam o tzw. tacit knowledge, czy też deep structure – rozumieniu treści i znaczenia danego tekstu według naszej indywidualnej kodyfikacji i umiejętności odczytu, w zależności od doświadczeń własnych, etc., zatem prawdy jak najbardziej subiektywnej.
i nic w tym dziwnego, wszak nie od dziś wiadomo, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. jednak, uwagę mą zwróciło znaczenie poszczególnych słów i wyrażeń, które stanowią jedynie  surface structure treści…

jak więc ma się to do naszych/waszych/ichnich prób opanowania sztuki słowa?

a może właśnie dzięki temu, relacja autor-czytelnik, autor-słuchacz staje się tak intymna.

[phi, też mi nowość. ale artykuł ciekawy, polecam.]

marzec 3, 2009

i po słońcu.
mgła aż się wdziera do wewnątrz.

pierwszy marca

marzec 1, 2009

brzmi niemal jak obietnica. nadzieję żywię na lepsze jutro, bo wiosenne.
tak, jak dziś i wczoraj.

a wczoraj jeszcze Kalisz – miasto, do którego przez rok jakby wklejona byłam.
i tylko jeden dzień, a poczułam jak bardzo tam nie pasowałam i nie pasuję,
o ile bardziej moja jest Łódź.
właśnie – jeden dzień, a o tyle mądrzejsza, jakby lepsza, spokojniejsza. dzięki ludziom spotkanym i słowom usłyszanym, też z własnych ust.

” na wskroś uduchowiona”, jak powiedziała Gosia ;>
jeden dzień, a tak potrzebny.

rusow1

więc teraz tylko o słońce proszę. o wiosnę.
[nawet brzmienie tego słowa napawa optymizmem]