:)

luty 26, 2009

do pracy wychodzę zadowolona z siebie. fakt ów zapisuję ku pamięci. tu, by nie zapomnieć, że się zdarza.

mimo pobudki o 10.21 udało się zrobić tak wiele: łazienka, pranie, naczynia raz i dwa, ćwiczenia na zajęcia, test, sprawdzenie prac, mail jeden i drugi, kawa made by F., obiad (chyba dobry).

chyba powinnam tak codziennie wynotowywać sobie.

tylko czasu na czytanie zabrakło, ostatnio ciągle tak.
[bo przecież zawsze znajdzie się coś]

powroty

luty 25, 2009

chyba dojrzałam wreszcie, by…

Barcelona – miasto ukochane

często mi się zdarza, że długo skądś wracam. tym razem wróciłam szybko. tak szybko, że jakby nie było.
jedynie wspomnianych kilka słów tutaj; na pytania “jak wyjazd” odpowiedzi bez entuzjazmu.
za to całe mnóstwo zachowanych obrazów, mniej lub bardziej wyraźnych.
no i ciągłe powroty, nawroty, zawroty w głowie. nie dawało spokoju.
bo to nie był taki wyjazd ot, a ja jakby przemykałam obok, nie zawsze umiałam w pełni odbierać, doznawać. za wiele, by zmysły mogły naraz ogarnąć. ciągłe poczucie, że coś omija, a to zwykły objaw przedawkowania był.

la hiperdosis.

za to teraz wręcz dotykam  kolorów, odczuwam smak miejsc, które odkrywałyśmy, wchodząc nagle z ulicy pełnej ogłuszającego tłumu w zaułek pełen ciszy (Santana, pamiętasz? ;>); po przesycie tych wymuskanych ‘dizajnerskich’ sklepów – antykwariaty, magazyn z wikliną, plumero(!); z ciemności i chłodu – w ciepło wód termalnych i światło podwórek z drzewkami pomarańczy; z nowego w stare, ze starego w nowe, z deszczu w słońce… falowanie i spadanie, ruch.

teraz widzę, teraz czuję, teraz doceniam.

pamiętam, ile myśli kłębiło się w głowie. wtedy.
teraz się porządkują.

luty 24, 2009

on lubi oczy duże.

sztuka uliczna

luty 15, 2009

zupełnie nie a’propos treści wcześniejszych.
się spodobało po prostu, więc zamieszczam

brecht

SPOSOBY ZABIJANIA
Jest kilka sposobów zabijania.
Mogą wbić ci nóż w serce.
Zabrać ci chleb.
Nie leczyć cię z choroby.
Umieścić cię w kiepskim mieszkaniu.
Torturować pracą aż do śmierci.
Wysłać cię na wojnę.
Tylko kilka z tych rzeczy jest zabronionych w naszym mieście.

Bertolt Brecht 1898-1956
(tłumaczenie własne)

uchwycone w małej uliczce w Bcn.
tam zabrakło czasu i aura nie sprzyjała, by
zatrzymać się,
przysiąść,
ponapawać oczy i uszy.
tu nadrabiam zaległości.

wszystko mija…

luty 15, 2009

kryzys zażegnany chwilowo. nie ma to jak rozmowa.
nad przestrzenią swą pracuję powoli.
kilka dni choroby i łóżka skłania do refleksji, mniejszych lub bardziejszych.

ale wstałam (niemal brzmi dumnie)

dobrze miniony weekend.
a jutro do pracy.

useless

luty 12, 2009

od dwóch dni w łóżku, przewracając się z boku na bok. nawet w nocy spać nie mogę.
myśli takie się kołaczą:

przecież w internecie można znaleźć wszystko: od informacji na każdy interesujący nas temat, ciekawostek i odkryć, aż po przyjaźń i miłość, wolną czyjąś dla kogoś chwilę.
można stworzyć sobie własną, niczym nie zmąconą przestrzeń, swój kawałek wolności. anonimowość lub jej brak na zawołanie.
ale mimo tego blogu, jakiegoś tam bycia na portalach czy komunikatorach różnych, nadal czuję się poza, jakby wykluczona, nie pasująca.
więc już chyba najwyższy czas zacząć znów.
na ile kartek, sił i weny wystarczy.
odczuwam ogromną wręcz potrzebę strefy własnej, jak najbardziej prywatnej
i intymnej,
a zatem niepublicznej. takiej właśnie “papierowej” i może tym bardziej szczerej,
bo “papier wszystko przyjmie”. bez autocenzury.
by móc poradzić sobie lepiej ze sobą samą, z moimi lękami i paranojami.
może tak się uda . zrozumieć? zaakceptować? zdystansować się? nie przejmować?
a przynajmniej nie tak bardzo?

co dzień zauważam jak pojęcia wirtualne i realne zacierają się ze sobą, jedyne co dzieli, to chyba brak poczucia fizyczności, ale nie tego przecież szuka się w sieci.

odnaleźć się tu nadal nie potrafię. niby chciałabym bardziej, ale… pojawianie się raz na jakiś czas najwidoczniej wystarcza.

i by nie ograniczać niczyjej wolności spróbuję odnaleźć kawałek własnego terytorium.

sama.

pytanie czy jestem jeszcze w stanie mówić i myśleć o sobie bez niego.

już nawet pierwszym czytelnikiem nie jestem.
czasy się zmieniają i on się zmienia, a ja nie nadążam.

3 z 1313 (aż?)

luty 12, 2009

z ostatniej “wyprawy na południe”, aż 3, które są… inne (?)

tak na pierwszy rzut oka, potem może coś dodam.
ale poczucia wyjątkowości brak.
poczucie przeciętności doskwiera tym bardziej.

z piedestału spadł kamyk, co myślał, że jest rzeźbą.

to nie była do końca moja podróż. nie ta wymarzona. dopiero po kilku dniach od powrotu dotarło. ktoś mi ją zabrał, albo sama oddałam.
szkoda.

paradoksy

luty 11, 2009

właśnie.
nieobecna byłam do tej pory.
ale chyba z nudów i dla zabicia czasu, a może by jakieś wirtualne zaległości nadrobić tu jak najbardziej jestem (ale nade wszystko w łóżku)
paradoksalnie.
zwiedzam, odwiedzam, przeglądam, podglądam i czytam.
czasem, jak widać, coś napiszę.

nieobecność

luty 11, 2009

wirtualna i nie. po prostu nie ma mnie.

na zwolnieniu od pracy, ergo od wszystkiego.
a czemu nie.