analogicznie

styczeń 31, 2008

ze skórą też tak mam: coś się pojawia, co nie powinno i nie podoba mi się i zamiast posmarować i zaleczyć, to cisnę i cisnę, aż pojawia się rana. i wtedy dopiero kurować zaczynam. i już był czas, że nie wyciskałam, niedawno znów zaczęłam. a dziś zrobiłam sobie peeling twarzy. może pomoże. przerażające analogie. 

kota

styczeń 29, 2008

kawa, książka, kanapa, koc… by się przydał. niech mgła otuli do snu. 10.45 rano –  w sen uciekam (?)

falowanie i spadanie…

styczeń 27, 2008

… falowanie i spadanie, ruch… żeby on jeszcze magnetyczny był, ale nie jest. jest spadanie. a z cytatów jeszcze, to: “czekanie odbiera mi rozum” – dosłownie. czekać nie umiem. cierpliwości brak. 

i wiele innych cech także.
 
i fakt, że zapisuję o prawdach bardziej banalnych, o spokoju przy sobie, o niepatrzeniu wstecz, i że czyny nie słowa, zasmuca tym bardziej.
 
tak bardzo potrzebuję słów. za bardzo.

city of angels

styczeń 22, 2008

wiem, wiem, to nie jest NIebo nad Berlinem, a jedynie amerykańska próba remake’u tegoż, choć niewątpliwie przy współpracy pana Wendersa. ona ma maślane oczy,  jak w każdym filmie, jemu się udziela od niej i w ogóle bleee (nie moje to słowa, bo  swego czasu oglądałam wszystkie komedie romantyczne z Meg Ryan i byłam szczęśliwa-każdemu wedle potrzeb). jak zwał tak zwał, ale jedna scena powala. wystarczy się wsłuchać w dwie ostatnie minuty sekwencji: city of angels | inaczej się wpisać nie dało, bo właśnie na blacie mym zakwitł tymczasowo maczek i się uczę go. ech, całe życie…

styczeń

styczeń 21, 2008

dziś w radio ogłosili 21 stycznia najbardziej depresyjnym dniem roku. a ja  do-lata.jpg  do lata, do lata, do lata, piechotą będę szła

deszcz deszcz deszcz

styczeń 21, 2008

jak melodeklamował pan Świetlicki.  miałam zapisać: na kanapie czytając niekoniecznie w myślach, z widokiem na Miłość, na Krainę Traw i Pokój 2046 dobrze mi. jestem jak najbardziej tu i teraz i… tak. i nadal tak, i tak chcę. ale dziś Miłość spadła ze ściany, i taką bezbronną zaatakowała kocica  i poszarpała na kawałki, pewnie trochę jej głodna.  w nocy deszcz walił niemal drzwiami i oknami, jakby chciał dostać się do wewnątrz. nie przestaje padać. dlaczego? przecież już nie musi nic zmywać. NIE MUSI :) \ do deszczu Rachel’s gra, sic! 

kolejne zmagania moje z tłumaczeniem, tym razem z angielskiego. wyszło mi takie cuś:

Arciv ev noise to projekt z Polski, który wydał właśnie album “maintenant”
(po francusku – teraz) na eksperymentalnym netlabelu Enough Records. Niewiele można się dowiedzieć na temat owego przedsięwzięcia w internecie (albo nie szukałem
w odpowiednich miejscach), poza tym, że ich muzykę określa się jako dark ambient
i experimental drone. Ale zapomnijmy o tych powierzchownych określeniach,
jako że pomijają dużo z ich indywidualności, którą dostrzec można na każdej płaszczyźnie, jak choćby projekt graficzny okładki. Typografia i wyczucie kontrastów są naprawdę
na wysokim poziomie.

Na pierwszy rzut oka, nawet z wysokości 10 tys. metrów: praca ma sens jako całość
w swoim porządku odtwarzania i odznacza się tym, że nie posiada żadnych słabych puntków, pomimo prawie 60 minut trwania. Nie ma sprzeczności w stylu –
przy utrzymaniu pewnych aranżacji wprowadzane są inne, dzięki czemu nie stają się one monotonne ani nawet drażniące. Pomimo mrocznego i tragicznego charakteru,
który dominuje w utworach, wszystko jest odpowiednio wyważone:
Właśnie tyle unoszących się w powietrzu akordów lub zapętlonych dźwięków jest niezbędnych do utrzymania mroczności, a jednocześnie wystarczająca ilość zmian
i kontrastujących elementów, by uniknąć powtarzającej się liturgii. Wielu improwizatorów
z power/mac-booka pt. “to jest sztuka, bo ja tak mówię” mogłoby uczyć się od AEN stosunku do opisywania żywej scenerii bez odwoływania się do frazesów takich
jak np. dziesięciominutowe nagrania odgłosu kroków po holu muzeum.

Patrząc na detale: Można by odnieść kilka porównań do współczesnego polskiego kompozytora, Krzysztofa Pendereckiego, które wręcz same się nasuwają w gęstym zbitku tonów i powolnym rytmie modulacji. Nawet jeśli muzyczna struktura jest czasem rozciągnięta aż do utraty wątku, nadal pozostaje rozpoznawalna. Oczywiście pojawiają się też cechy mogące kojarzyć się ze współczesną elektroakustyką jak nagrania w terenie (field recordings), rysujące się w echu, opóźnione i postrzępione dźwięki i uskok dźwiękowy – obowiązkowy aczkolwiek wyszukany wariant, który odróżnia pierwszy plan od drugiego (zmienny poziom pogłosu). Odbiór muzyki AEN może okazać się niełatwy i dopiero po wielokrotnym przesłuchaniu ukazuje się nam pełny potencjał albumu. Ale za każdym razem odkrywa się coś jeszcze nowego.

Gdybym miał przypisać jakąś scenę filmową tej płycie wyglądałaby ona mniej więcej tak:
Opuszczone ruiny jakiejś dawnej cywilizacji. Ktoś w obdartym ubraniu pełznie
wśród ruin, szukając schronienia przed zimnem i ostrym wiatrem. Szkielet zakopany w śniegu, wypłukana lalka. I zakręcająca, prowadząca w nieznanym kierunku droga pokryta śniegiem.

Innymi słowy – “maintenant” to fantastyczny i inspirujący album, który zdecydowanie polecam do ściągnięcia tym, którzy nie boją się eksperymetów i trudności, i lubią tworzyć w umyśle własne obrazy podczas słuchania muzyki.

(tłum. z Petcord Blog)

i ja polecam.



prawdy bardziej banalne

styczeń 13, 2008

“Bądź skromny, to więcej zrozumiesz. Bądź pokorny, ktoś okaże ci serce. Polub swojego rozmówcę, a on polubi ciebie. Nie bój się bezradności – ludzie są z natury dobrzy, więc przyjdą ci z pomocą. Nie udawaj, nie błaznuj, nie sadź się, nie strosz piórek, nie pręż muskułków. Pytaj śmiało lecz z taktem. A przede wszystkim – słuchaj.”
(GW, sb-nd, 12-13 stycznia 2008, Ostatnia podróż Kapuścińskiego)

coś jak Desiderata. prawdy tak banalne i tak prawdziwe, że tylko słuchać, czytać i wprowadzać w życie. wszelkie cyniczne komentarze są nie na miejscu.
banał, prostota i bezpretensjonalność poszukiwane.

minął.

obrodził w wiele dobrych nowin, w wiele wydarzeń, w wiele dobrych słów i ludzi, i miejsc różnych. właściwie każdy dzień zaskakiwał mnie. i ja siebie zaskakiwałam, i nie tylko.
znów zaczynają się spełniać marzenia (ale nie napiszę głośno, by nie zapeszyć). i bez żadnych modłów, wystarczy wiara, żeby działo się. niech…
ale powoli, spokojnie i po cichu.
i “w spokoju przy sobie”, proszę.

tak, to był dobry tydzień.

z wdzięczności za to zapisuję.
z wdzięczności światu.

don’t look back

styczeń 6, 2008

coś jak postanowienie noworoczne, bo jakieś wypadałoby mieć, choć z drugiej strony – skąd takie przekonanie?
ale niech będzie.
obok jest parę innych, ale jakich “nie powiem, no bo nie wypowiem (tak ogromnie bardzo)”.

myśli nadal nieuczesane, co widać po obfitości zapisów.

refleksji chyba aż za dużo – czas na czyny.

niech się dzieje zatem.
niech się.