pan Waglewski raz jeszcze

październik 31, 2007

zasłuchuję się namiętnie, i nie tylko dziś. i w muzyce i w słowach właśnie. i nawet zamiar miałam skomentować kwestię języka w twórczości pana W. i znalazłam potwierdzenie tego, co słyszę w piosenkach – zabawa słowem.
zatem cytuję:

Nuta.pl: Na płycie znalazł się utwór “Listopaździernik”. To nie pierwszy przykład neologizmu w Voo Voo. Skąd u Ciebie zamiłowanie do takich zabaw słownych?
Wojciech Waglewski
: “Listopaździernik” to jest zerżnięte, to pomysł Borysa Viana. Bardzo mi się spodobał. Natomiast ja w ogóle uwielbiam język polski, uwielbiam się nim bawić. To jest pozornie bardzo brzydki język do mówienia, czy śpiewania. Ale w tej brzydocie jest siła. I mimo, że znam i posługuję się dobrze językiem angielskim, wydaje mi się, że język jest elementem kultury i nawet przy wielkiej znajomości jakiegokolwiek z języków nie wiedziałbym nic na temat regionalizmów, czy neologizmów. Tu się mogę pobawić w coś takiego, jak “na polu dżdży”, to jest regionalizm. W każdym razie, zabawa słowami to moja ulubiona zabawa.

i obiema ręcyma podpisuję się pod tym.

idealna piosenka jesienna

październik 31, 2007

to już listopaździernik
leje się na mój łeb
pogoda ciągle mierna
biernie nastraja mnie

nieco brakuje pary
nieco usiadła moc
i tylko nocne bary
wzywają mnie co noc

to październikoopad
leje się na mój łeb
duch mój na chwilę opadł
a teraz podnosi się

czochrać się już nie będę
a mokre dość mierzi mnie…

                                                                                (voo voo “Płyta”)

oczywiście Pan Waglewski. umie odpowiednie dać rzeczy słowo. właściwie dobry na każdą porę roku, ale dziś aż się prosiło.

jesień

październik 30, 2007

niby szaro, ale na drzewach jeszcze liście i pod drzewami. czasem całe ulice przysłonięte pomarańczą, czerwienią i żółcieniami , i wręcz promieniują. i ach…

w pokoju rozbrzmiewa yerba mater, więc yerba mate – iście jesienny ziemisty smak.

październik 28, 2007

jeden krok do przodu, dwa w tył.

ech…

celowe?

październik 28, 2007

artykuł w Wysokich z 27/10/2007 o seksfelietonistkach, o kobietach wyzwolonych i nie tylko. pomiędzy kolumnami wyłuszczone co ciekawsze fragmenty tekstu . jeden z nich:
“Przecież penis jest do kogoś przymocowany i właśnie ten ktoś jest dla mnie ważny”, a tuż nad nim reklama: “Sekrety natury w pastylkach do ssania”…

no i wszystko wiadomo.
się bywa tu i tam ostatnio. w ramach stwarzania pozorów, że się coś robi, gdzieś się jest, i na bieżąco, i że się człowiek rozwija. buehehe…

więc i 26 października wybyłam, bo mi polecono. a że drony dźwiękami lubnymi są przeze mnie, był to dobry pomysł na piątkowy wieczór, choć pojęcie o twórczości panów zerowe.

koncert w innym składzie miał się przedstawiać, bo planowana była trasa Troum & Hati, do którego chłopaki razem przygotowywali się przez trzy miesiące, ale z powodu choroby ciężkiej jednego z członków Troum, zespół zza Odry nie pojawił się. ci, co znają ich muzykę, to pewnie wiedzą, że szkoda. ja mogę jedynie przypuszczać.

przyznaję: trudno było się skupić na dźwiękach, bo myśli w głowie jakieś nieuczesane się plątały.

koncert okazał się być darmowy właśnie z w/w powodu, co ucieszyło, a jednocześnie zastanowiło, za co oni żyją w takim razie.
na widowni było może z 50 głów. najpierw zagrał Mirt, przesłonięty swoją długą grzywą i pochylony nad sprzętem, pokrętełkami zaczął wytwarzać dźwięki. powstało coś dziwnego, co jednak przerodziło się w regularny i miły dla ucha rytm zapętlonego jakiegoś sampelka (znawczyni się odezwała, hehe). a potem trąbka na pogłosie, na której Mirt grał osobiście, co miło zaskoczyło. rozczarowało natomiast to, że rytm w następnych utworach był powielany, mniej lub bardziej słyszalny, ale jednak. i przy okazji myśl taka, że nic odkrywczego pan nie robi, że słyszałam o wiele ciekawsze zapętlenia, choć na gorszym sprzęcie, a jednak występuje.
a przecież zamiast niego mógł tam się pojawić Ktoś, kto nawet płytę wydał jedną (baubliss) i drugą solową na netlabelu (aen – polecam). gdyby tylko chciał.

a potem Hati.
na scenie poustawiane talerze, gongi, beczki, i przeszkadzajki wszelkiego rodzaju, bite i dmuchane. (natychmiastowe skojarzenie z koncertami Einsturzende, o których jedynie czytałam.)
i się zaczęło. powolutku, delikatnie, ale z lekka transowo. chciało się zamknąć oczy, by poczuć ten rytm, a jednocześnie trudno było oderwać wzrok od tego widowiska tworzenia dźwięków. bo tak to właśnie odbierałam – jak swego rodzaju przedstawienie. wyczekiwanie w co teraz uderzy? jaki dźwięk się pojawi? i najbardziej w pamięci chyba zostało wrażenie, że słyszę uderzenie w strunę, a to gumowa pałeczka otarta o ścianę beczki. i jeszcze zgranie się dwóch osób na scenie – że wiedzą w co i jak teraz uderzyć, by zabrzmiało tak właśnie; jak się uzupełniać wzajemnie. widać było tę ciężko wykonaną pracę specjalnie dla nas.

i bolał fakt, że jest nas tak mało, a część znalazła się tam chyba przez pomyłkę. bo ciepło i dach nad głową i piwa można się napić.
syk otwieranych puszek, jakkolwiek mógł tworzyć fajne tło do dźwięków na scenie, był jednak irytujący.

LDZIGN (18-31.10.2007)

październik 28, 2007

odbywa się właśnie w Łodzi.
impreza nagłośniona dość, pięknie oprawiona graficznie i dopracowana dizajnersko, aż robi wrażenie.
tym bardziej rozczarowana byłam, jak się udałam na Tymienieckiego. pomysł jest, ale zabrakło konkretnej kompozycji, i nieco malizną zaleciało.

tak, miałam niedosyt po wyjściu, a jednocześnie nadzieję, że będą przyszłe edycje i bogatsze.
początki zawsze są trudne.

ale cenię bardzo w wydarzeniu tym
możliwość dotknięcia wszystkiego i zaznania faktury materiałów, miękkości kanap i wygody foteli w Domu Polskim i współtworzenia rysunku w Weź to użyj;
dostępność wystawy dla wszystkich, i za sprawą ceny biletów i przez fakt, że przedmioty te są do nabycia w sklepach i czemuś służą, i w końcu dlatego, że mógł się tam zgłosić każdy, by wystawić swój choćby najdziwniejszy projekt.
być może, w myśl idei, że nie musi się podobać, ale jest.
i oby więcej.

przy okazji odbyło się również Party Print, na którym zawisły plakaty, będące odrębną już dziedziną dizajnu-sztuki właśnie.
jakże miłym było zobaczyć plakaty z Jazzgi wszystkie razem. plakaty, które wiszą też u mnie w mieszkaniu, z imprez, na których też byłam.
wreszcie poczułam się “blisko sztuki”.

bo Bóg dokopie…

październik 27, 2007

i co?
i, kurwa, kopie.
i boli.
kurwa.

3.03

październik 27, 2007

zawieszona.
dziś/wczoraj wieczorem jakby bardziej to poczułam. i nadal tak.

nadal na dal.

4.05

październik 25, 2007

o tej godzinie urodziłam się.
ale to było kiedy indziej, a dziś księżyc w pełni i koty nie śpią, i ja.

zaczynać dzień ze świtem, kończyć?
byle by zasnąć jak dziś – ukojona. byle by dobrze śnić.

dobranoc.
dzień dobry.