wystarczy jedno nic…
wystarczy, by jedna osoba odezwała się po hiszpańsku i zaczyna się

fala zależności:
ta dziewczyna po prawej – okazuje się – czyta właśnie historię Hiszpanii,
a chłopak obok niej coś studiował związanego z Hiszpanią…
i już zaczyna się

ciąg pytań:
a byłaś?
a w Barcelonie?
a te upały?
a w Londynie?
etc.

i ja.
tylko nasłuchuję.

i jeszcze ten mężczyzna przede mną.
siedzi vis a vis prawie.
rozwinął kolejny plik z dziesięcioma zdrapkami i nerwowo zdrapuje.
drażni swą nerwowością.
trafione do kieszeni, puste na podłogę.
ciekawe – zostawi tak czy wyrzuci.
cóż za wypieki na twarzy.
zbiera, uff.
nie będę musiała nic mówić.

nasłuchuję tylko

el otoño

październik 8, 2009

dziś
yerba się parzy.
od tak dawna. aż moc tego szarego, ziemistego posmaku, osłabła.
ale jest.
i jest też coraz większa tęsknota za kawą z korzennymi przyprawami.
a przecież wystarczy kilka kroków do kuchni, by celebrować.

tak właśnie zaczyna się jesień (?)

i jeszcze wczoraj
na rękach zapachy
papryki, cebuli, wędzonego boczku, kruchych jabłek (sok po palcach), cynamonu, jajek rozbijanych, ciasta tartego, kaszy gryczanej…
wrzucając do garnka, wsuwając do piekarnika jakbym całą jesień wrzucała, gotowała i piekła.

tak się czasami zdarza…

październik 2, 2009

okno zamknięte. kaloryfery zaczynają grzać. w pokoju półmrok. ciepłe światło przebija się tu i ówdzie. 
bezinwazyjnie.
wokół cisza.
chwila wolnego. spokoju niczym nie zmąconego.
kładę się więc na wygodnym materacu. otulona ciepłą bluzą, wtulona w wełniany koc.
jeszcze tylko wygodna pozycja na brzuchu, dzięki czemu osiągam błogi bezwład ciała.
jeszcze tylko kot, po chwili ugniatania moich pleców łapkami, zwinie się w kłębek,
a drugi w nogach się ułoży.
i już, już mogę zamykać powieki, rozluźnić wszystkie mięśnie twarzy.
już sen nadchodzi, gdy nagle…
zupełnie niespodziewanie atakuje

pęcherz.

tydzień

wrzesień 6, 2009

się niedzieli / nie dzieli
się poniedziałkuje / nie, dziękuję
się wtorzy / się tworzy
się środzi / się rodzi
się czwarci / czarci
się piąci / się mąci
się soboci / się koci

się leni / się nie żeni

Malena – Giuseppe Tornatore

wrzesień 4, 2009

czas,
kiedy długie spodnie były tylko dla prawdziwych mężczyzn,
a na miano to trzeba było sobie zasłużyć
choćby przez strącenie głowy Mussoliniego.
i kiedy to chłopięce urojenia pozostawały jedynie chłopięcymi urojeniami (niestety/na szczęście?) 

zmysłowość długich włosów, krągłych bioder i pełnych piersi
uznawane były za piękno,
które czasem skazywało na stracenie.
i na zatracenie.

taki czas.
jakby znajomy.
jakbym sama była z takiej epoki właśnie.
czasem tak się czuję.
choć włosy krótkie
choć bioder krągłych brak.

nocne wczoraj zapiski

sierpień 29, 2009

jest dobrze.

jest tak dobrze, że nawet powietrze pachnie inaczej, jakby lepiej.

zaciągam się.
(Tobą też, bo sama już nie palę)

na wakacjach na

sierpień 4, 2009

     Z racji urodzenia przynależę do czegoś, co zwykło się nazywać hołotą. Jesteśmy grupą liczną, dyskretną, o niezwykle silnym braku przekonań. Naszą pracą, milczącą i nieustanną, przyczyniamy się do stagnacji społecznej, wielkie historyczne zmiany prześlizgują się po nas, nie chcemy zajmować stanowisk, nie aspirujemy do uznania ani szacunku naszych przełożonych, ani nawet nam równych. Nie posiadamy cech dystynktywnych, jesteśmy ekspertami w sztuce rutyny i partactwa.

od Eduarda Mendozy spisane z Przygód fryzjera damskiego. opis wydał mi się przeuroczy. poza tym niewiele. zaczęło się dobrze, ale potem lekko zmęczył ten ton ironiczny,
niby prześmiewczy, taki zbyt prze właśnie. stąd jeden cytat tylko.

za to Olga Tokarczuk i jej Anna In w grobowcach świata gęsto pozaznaczana ołówkiem .
aż zrodziła się pokusa zapisywania tego w jakimś konkretnym miejscu.
by nie uleciało.

wakacje tak właśnie mijają – na czytaniu, czasem wręcz połykaniu książek. a poza tym rozmaicie miejsko, sielsko, nawet anielsko…
było.

teraz praca. 

stąd dotąd

lipiec 11, 2009

książki, które chcę przeczytać czekają już na swoją kolej. leżą na wierzchu, żebym nie zapomniała. dziś właśnie przeczytałam kolejną. dobrze mi idzie ostatnio.
te przeczytane lub jeszcze nie doczytane leżą przy łóżku, na półce,
ani przy krawędzi, ani przy ścianie.
to daje miłe poczucie wolności.
kojący nieporządek.
kiedy przeczytam, nie odkładam na miejsce od razu, nie oddaję, gdy pożyczone – niech przez jakiś czas pobędą ze mną.
dopełnienie (?) wzajemne (?)
teraz leży przeczytana Herta Muller: “Dziś wolałabym siebie nie spotkać” – piękny tytuł, zapowiadający piękną historię, aż smutek wdziera się do wewnątrz.

i znów obawa, czy po drodze z łóżka do biurka nie umkną myśli, czy zdążę zapisać. i mimo, że dwa kroki tylko, rozpierzcha się treść, rozmywa, zmienia formę.

UWAGA, ŻYCIE! ZACZYNAMY!

czerwiec 23, 2009

web

gaśnica w płatkach róży
pan Kleks w trzech odsłonach
kolczyki
słowa w wersji de luxe
gałązka bawełny
Giulia y Los Tellarini
sesja zdjęciowa
plansza malowana
moja ukochana Łódź z lotu ptaka
muzyka, co rozgrzewa zmysły
romantic poetry
“nigdziebądź”
astrologia chińska
pióro do pisania listów do Niej
wino australijskie
ser włoski…
i taniec na scenie

więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie bardzo dziękuję.

wszystkie te niezwykłe rzeczy dla mnie!
ale od niezwykłych ludzi dostaje się niezwykłe prezenty
i słowa.
czy zasłużyłam?
mam szczęście.

dobrze móc publicznie powiedzieć i napisać, że M A M S Z C Z Ę Ś C I E.
bo mam takich ludzi wokół. bliżej bardziej lub mniej, ale są.

i to chyba wystarczy za podsumowanie tych 30 ze sobą wiosen. i prawie 15 z Tobą (sic!)

żadne głębsze przemyślenia nie kołaczą się w głowie.
co tu mówić? wszystko już powiedziano za mnie i napisano.
i aż mi mowę odjęło.

a skoro życie – jak mówią – zaczyna się po trzydziestce…
zatem zaczynam żyć oto!

fotografia – na dobry tego początek.

z tangiem w uszach i san miguelem w ustach zaczynam!

czwartkowe pitu pitu

czerwiec 4, 2009

zawinięta w ciepły sweter, w kącie kanapy, z kubkiem herbaty (niestety zimnej już) na stole, z książką w ręku i kotem na kolanach (lub przy), spędzam tak sobie czwartkowe przedpołudnie. mógłby jeszcze jakiś list przyjść do poczytania, bo aura taka listopadowa raczej.
prawie jak w zimny wakacyjny dzień, kiedy nic nie trzeba poza wylegiwaniem się.
gdybym tylko nie musiała iść dzisiaj do pracy…